Ohayou minna~
Zapraszam na kolejny rozdział Shi no Kairaku. Przepraszam, że króciutkie takie, ale chcę zachować tą tajemniczość i dlatego nie chcę się rozpisywać. Jednak w najbliższym czasie trochę się rozpiszę (mam nadzieję). Dziękuję i zapraszam do czytania~
***
„Zrobił to!
Słyszałeś? A jednak odważył się…”
„Paraliżujący ból, przechodząc jakby przeze
mnie odbiera mi mowę.
Wołam o pomoc – nikt nie odpowie.
Głuche ściany wpatrują się we mnie
niepojęcie.
Tak je cieszy moje cierpienie.”
Usłyszałem tuż
obok siebie głos i oskarżenia od jakiś chłopaków i moim pierwszym odruchem było
skierowanie wzroku w stronę osób, które to mówią. Dwójka niezbyt wysokich i
najwidoczniej również nie do końca rozwiniętych umysłowo wyrostków stała i
przypatrywała się ciemności, jaka panowała w głębi korytarza. Może nie tyle tej
ciemności, ale doskonale wszyscy wiedzieli, kto tam przesiaduje całymi dniami. Nie śmiałem zaprzeczyć, że akurat on miał
talent do tego, aby straszyć ludzi. Nie dziwię się, że rodzice go oddali.
Otrzepując
tyłek podniosłem się i skierowałem do niezwykle czystych i białych drzwi przede
mną. Zapukałem delikatnie i złapałem za jedyną złotą klamkę w ośrodku, która w
nocy dzięki marnemu oświetleniu błyszczała się i nadawała specyficzny klimat
temu miejscu. Po wejściu do środka ukłoniłem się nisko przed staruszkiem w
fartuchu przy biurku. Nie pierwszy raz tutaj przychodziłem, jednakże tym razem
nie z mojego powodu, jak się domyślam.
- Panie
Profesorze? – Odezwałem się jako pierwszy. Staruszek miał to do siebie, że
ledwo na krześle siedział, jednakże był gotów siedzieć na nim i zarabiać na
tych biednych dzieciach, które do niego trafiają. Gdyby ktoś mu powiedział, że
za odtańczenie walca dostanie pieniądze, nie zawahałby się, nawet ze sztucznym
biodrem.
- Ach.. Cieszę
się, że przyszedłeś – odpowiedział po chwili, gdy w końcu spostrzegł, iż w
pokoju nie jest sam. Gestem spróchniałej niemalże dłoni pokazał mi drewniane
krzesło przed biurkiem, toteż nań usiadłem. – Mam do ciebie sprawę – szepnął swoim
zachrypniętym i oschłym głosem, przypatrując się mojej osobie zza starych,
popękanych i dużo za dużych szkieł. – Jesteś chyba najbardziej rozwiniętym
chłopakiem tutaj. Chcę, żebyś dowiedział się, o co chodziło z tym wypadkiem… -
Dodał, a ja prychnąłem oburzony. Oczywiście, zacny Ojciec Dyrektor dupy nie
ruszy z krzesła, jednak zdziwiło mnie to, że w ogóle go to przejmuje.
- Dobrze, jak
Pan sobie życzy – rzekłem bez jakiegokolwiek uczucia i wstałem, wykonując przy
tym delikatny ukłon w jego stronę.
Wyszedłem z
pomieszczenia i znów spojrzałem na tą dwójkę, która wciąż stała i obgadywała
chłopaka, będącego w części korytarza, gdzie światło nie sięgało. Sam z
ciekawości spojrzałem w tamtą stronę i wśród panującego niemalże całkowitego
mroku próbowałem wypatrzeć jakąkolwiek sylwetkę. Nie udało mi się to, toteż
postanowiłem porozmawiać z chłopakami i dowiedzieć się od nich, co wiedzą.
Drżące i
zarazem oburzone głosy upewniły mnie w tym, że ta dwójka jest praktycznie pewna
czyja to wina. Dodatkowo policja nie potwierdziła, że to było samobójstwo.
Równie dobrze ktoś mógł temu całemu Yutace pomóc, a ci najwidoczniej wiedzieli,
że zrobił to ten z ciemności.
Skierowałem
się w stronę mroku. Powoli narastało we mnie napięcie, jakie powstaje przez
pewnego rodzaju wymysły wyobraźni w takich sytuacjach. Głucho, ciemno i pusto
niby. Zagłębiając się w czerń, gubiłem powoli myśli, zastanawiając się, po co
tak właściwie tam kroczę? Ostatni krok mój uprzedził szelest. Stanąłem jak
wryty i patrzyłem tępo przed siebie, wyszukując w bezkształtności zagrożenia. Znów
szelest papieru. Opuściłem głowę i skupiłem się bardziej, starając się dojść do
tego, skąd ten dźwięk pochodzi. Rozejrzałem się po podłodze, a nogą taranowałem
sobie przejście przez pustą przestrzeń. Nie było tu nikogo, a ja czułem się jak
zwierzę w klatce, otoczone i zamknięte. Skierowałem się na ślepo bliżej ściany.
Dłonią sunąłem po niewidocznej powierzchni w poszukiwaniu jedynego głupiego
guzika, który rozwiałby me wątpliwości i pozwoliłby mi wziąć wdech.
Poczułem pod
dłonią coś szorstkiego. Bez zawahania nacisnąłem mocniej na to dłonią.
Usłyszałem jedynie „pstryk”, jednakże światło się nie zapaliło. Do moich uszu
doszedł cichy chichot. Jednak ktoś tu był, to musiał być on.
- Światło nie
działa? – Zapytałem, czując się tak, jakbym gadał do ściany, mimo tego, że wiedziałem,
że tu jest. Czułem jego obecność. Czekałem minutę, jednak odpowiedzi nie
uzyskałem. – Wiem, że tu jesteś. Słyszałem cię… - Szepnąłem, mając nadzieję, że
teraz się ujawni. Łudziłem się, bowiem chłopak wciąż milczał i teraz już nie
byłem w stanie określić gdzie się znajduje.
Za mną rozległ
się jakiś krzyk. Odwróciłem głowę w tamtą stronę, przymrużając oczy mimowolnie
od jasności światła, jaka tam panowała i odpijała się od lśniących, kredowych
kafelek na podłodze. Stał tam chłopak w kruczoczarnych włosach i machał do
mnie, przywołując mnie tym samym do siebie. Odwróciłem znów głowę w stronę
ciemności.
- Przyjdę
potem – szepnąłem i wróciłem do jasnej części korytarza, gdzie przywitał mnie brunet.
- Posrało cię?
– Rzucił ciężkim głosem i patrzył na mnie bez emocji. Niepewnie wzruszyłem
ramionami, prosząc go tym samym o rozwinięcie swej myśli. – Przecież mógł ci
coś zrobić – dodał oburzony moim zachowaniem i skierował się w głąb korytarza
na prawo, który prowadził do pokoi podopiecznych.
- Czemu
miałby? – Poszedłem za nim, aby, jak obiecałem Staruszkowi, dowiedzieć się, o
co chodzi.
- Bo jest
nienormalny – odparł agresywnie i poszedł dalej, przy czym nawet przyśpieszył
kroku.
Ja natomiast
się zatrzymałem na środku niekończącej się bieli. Spoglądałem za nim
zdezorientowany i starałem się chociaż trochę przyswoić i poukładać informacje
o chłopaku z ciemności. Nie rozumiałem, dlaczego wszyscy zwalają to na niego.
To, że był inny i odstawał od pozostałych nie znaczyło, że jest mordercą.
Prawda?
„A oni patrzą i obserwują.
Śmieją się i komentują,
jednak nic z tym nie zrobią.”
Witamy Państwa z powrotem. Przed chwilą
dostaliśmy nowe informacje na temat wypadku w Domu Dziecka sprzed dwóch dni.
Jak ustaliła policja, nieletni Yutaka T. nie popełnił samobójstwa.
Prawdopodobnie było to morderstwo, jednak jak sądzi lekarz sądowy, było to
dokładnie zaplanowane. „Nie chcemy, żeby Państwo panikowali, jednak prosimy o wzmożoną
czujność – być może na wolności jest morderca lub kształci się nowy i to była
jego pierwsza ofiara”, mówił detektyw Sayuno. Razem z policją prosimy o
zachowanie ostrożności i o zgłaszanie wszelkich informacji i podejrzeń na
komisariat. Miłego wieczoru.
TO TO NIE BYŁ URUHA?! ;__;
OdpowiedzUsuńNienie, Kai i samobójstwo...? To do niego niepodobne ,o, Dobrze, że żyje, aczkolwiek jako chorego psychicznie też jakoś nie mogę go sobie wyobrazić... Mam nadzieję, że mnie przekonasz. Jak na chwilę obecną idzie Ci naprawdę dobrze *__*
Omom, ale ten, którym do niego podszedł był Kou, prawda, prawda? #SzimaUruhomaniaczka ;___;
A ten czarnowłosy, to Aoi.
Dobra, i tak pewnie nie trafię, z moim szczęściem, więc nie wiem, po co się wysilam ;__;
Jednak sądzę, że ten, kto podszedł do Kaia musi być... w pewien sposób delikatny, spokojny i cierpliwy. Najbardziej do tej roli pasuje mi Uru, albo Ruki...
Rozwiej me wątpliwości, proszę ;_;/
Całego ogromu weny \(•O•)/
//Shima <3
Ciekawie jest i wyczuwa się nutkę kryminału, co bardzo lubię. *-*
OdpowiedzUsuńWybacz mi tak krótkie komentarze, nie nadaję się do ich pisania. ;-;
W każdym razie czekam na kolejną część i weny życzę! :3